sobota, 7 maja 2016

Rozdział XX

                                                    

 Rozdział XX niestety nie był przez nikogo sprawdzany, za co bardzo przepraszam.




                                      8 lat później


         Poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po jego ramionach. Mężczyzna leżący obok Luisa wtulił się w niego, będąc jeszcze w krainie snów. Mimo nieświadomego uścisku chłopaka, czarnowłosy uśmiechnął się pod nosem i z radością patrzył na padające  płatki śniegu, które podczas grudniowego poranka ozdobiły parapet na kilkanaście centymetrów. Luis mruknął cicho z przyjemności i wtulając się w złote włosy mężczyzny, wyłapywał łakomie ich zapach. Lawenda i coś, czym mógł pachnieć tylko on. Blondyn zamamrotał coś pod nosem i haczykowatym nosem musnął policzek Luisa, sprawiając że chłopak natychmiast poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. W końcu był w ramionach najcudowniejszego mężczyzny, jakiego mógł dostać od życia.
         Wszystko się skończyło, gdy budzik wskazał godzinę 7 rano. Luis, niechętnie zwlekł się z łóżka. Tak bardzo chciałby jeszcze zostać w objęciach swego ukochanego, że wizja wyjścia z domu była wręcz ostatnią rzeczą, jaką chciał zrobić. Po porannej toalecie, nałożył na siebie białą koszulę, garniturowe spodnie, a na koniec narzucił na ramiona czarną marynarkę.  Włosy zaczesał delikatnie w lewą stronę i czując się już gotowym do wyjścia, spakował swoją teczkę i ostatni raz zerknął na chłopaka, który – jak się okazało-  wybudził się z głębokiego snu.
- Nawet nie masz pojęcia, jak ci współczuję – mruknął i zawinął się w pościeli. Zmarszczył nos, gdy materiał nieprzyjemnie połaskotał go po skórze.
- Doskonale wiem, jak się mną przejmujesz. Leż i odpoczywaj, bo od nowego roku to ty będziesz zapierniczał za nas dwojga. Zamierzam iść na urlop i leniuchować cały miesiąc, więc się przygotuj na diametralne zmiany, jakie zagoszczą w tym domu.
- I tak cię będę kochać. Nawet jeżeli zmienisz się w zgorzkniałą małżonkę – powiedział z wyraźnym sarkazmem w głosie  i poprawiając swe gęste, delikatnie zakręcone włosy ułożył się wygodniej na miękkim materacu.
- To dobrze. Zapomniałbym o czymś ważnym.
- O czym?
- Zlituj się nade mną i posprzątaj ten bałagan, który wczoraj narobiłeś, Preston! Nie zamierzam sprzątać po tobie gaci i zmywać naczyń!
- Boże, to już się zaczęło – pisnął Preston i wywracając oczami, schował się pod grubą warstwą kołdry.
- Mówiłeś coś?
- Tak. Kocham cię, Luis.
      

       26 letni Luis Miller zszedł do garażu i wymachując kluczami od Mercedesa , wszedł do samochodu i ruszył do biura na Newman Street. Był w szczęśliwym związku z Prestonem Riggsem, studentem trzeciego roku medycyny, który pomimo swojego szczeniackiego i aroganckiego zachowania, obdarzył Luisa niezwykłą troską, która z czasem przerodziła się w miłość i złączyła ich , gdy chłopak skończył zaledwie 22 lata.
       Mimo świąt Bożego Narodzenia, Luis miał wiele niedokończonych projektów. Między innymi musiał ukończyć szkic mieszkania dla Pani Wendy, wrednej i bardzo bogatej staruszce, zrobić plan wstępny biblioteki miejskiej, urządzić w stylu skandynawskim mieszkanie pana Amavo i zaprojektować dom jakiemuś małżeństwu. ‘’ Tylko proszę nie zapomnieć o sypialni dla naszych dzieci! Każda ma mieć taki sam rozmiar i kształt!’’ powtarzali, jakby Luis za pierwszym razem nie zrozumiał ich prośby.
      Więc praktycznie od rana do nocy siedział, szkicując i wyciskając z siebie siódme poty. Od czasu do czasu, dostawał telefony od Prestona, który opowiadał mu o pierdołach i próbował go pocieszyć, jako że Luis przechodził bardzo ciężki okres w swoim życiu. Przez natłok pracy, nie był w stanie normalnie funkcjonować. Często dostawał zawrotów głowy, mdlał lub nie miał na nic apetytu i ciągle chodził nadąsany. Preston musiał wtedy stawać na najwyższym szczeblu i robić wszystko, aby go uszczęśliwić.
Między innymi dlatego Luis był przekonany, że Preston to dar od Boga.

                                                            ***

- Nie zamierzam się kłócić – powiedział stanowczo i twardo starszy mężczyzna. Dziewczyna skuliła się, zaciskając drobne piąstki.
- Tato, proszę cię. Pozwól mi pojechać. Tak bardzo chcę się zobaczyć z Davidem…
- Powiedziałem ci już coś. Nie zgadzam się, abyś wyjeżdżała tak daleko. Na dodatek sama! Poza tym, zrobiłaś nam tyle przykrości, ze za nic w świecie nie pozwolę ci pojechać do znajomych. Skończyłem temat. Idź do mamy i jej pomóż przygotowywać posiłki zanim przyjadą goście. A ty Dimitr,  zapisz grę i zabierz się za coś sensownego.
   Usłyszał tylko ciche ’’już’’, ale chłopak i tak siedział i patrzył się w monitor komputera. Nina spojrzała na niego spod gęstych, czarnych rzęs i wymamrotała tylko ‘’Nienawidzę cię’’. Był przyzwyczajony, ponieważ zawsze, gdy przyjeżdżał okazywało się, ze Nina była niezwykle niegrzeczna i przysparzała wiele problemów matce. Czasami czuł się winny. Miał wrażenie, że przez jego wyjazd do Rosji, kompletnie zrujnował psychikę swoich dzieci i zawiódł ich na każdej, możliwej linii.
       Podszedł do swojego najmłodszego syna i pomógł mu ubierać choinkę. Młody kochał święta i zawsze chętnie pomagał wszystkim w ich przygotowaniu. Między innymi dlatego Ivo był z niego dumny. Nikołaj zapalczywie chciał pomagać innym. Zbierał pieniądze na karmę dla psów ze schroniska, o jednego poprosił na święta, aby mógł zaznać miłości. Niestety, Victor nie zgodził się na ten pomysł, nawet wtedy, gdy Ivo zainterweniował. Wtedy obaj musieli delikatnie wytłumaczyć Nikołajowi, że dostanie inny prezent, bo na ten nie mogą sobie pozwolić.
- Tato, skąd masz ten wisiorek? – zapytał Nikołaj, badawczo wpatrując się w biżuterię. Przedarte rzemyki z trudem utrzymywały medalion w kształcie byka. A raczej jego głowy.
- Dostałem go kiedyś od pewnego ucznia – odparł, zaciskając na ozdobie długie, kościste palce. Na jego twarzy zagościł melancholijny uśmiech, gdy delikatnie tarł opuszkami paliczków srebrny wisiorek.
- Cześć – usłyszał Ivo, gdy Victor wszedł do domu. Dość niechętnie odparł mu to samo i wrócił do wcześniejszej czynności. Zawiesił właśnie srebrną gwiazdę na czubku choinki, gdy Miriam wyszła z kuchni i ucałowała swojego męża. Widział to w odbiciu jednej z bombek. Było to już dla niego czymś naturalnym. Dawno pogodził się z tym, że jego była żona wolała Victora i że stworzyła z nim taką samą szczęśliwą rodzinę, jak niegdyś Ivo tworzył z nią.
      Westchnął ciężko, czując piekący ból w kolanach. Usiadł na fotelu i przyglądał się Nikołajowi, który obwiązał się łańcuchem i śmiał się dumny ze swojego dokonania. Przypomniał sobie, że musiał iść jeszcze do jednego ze sklepów i odebrać dla niego prezent, który kupił mu w Rosji. Dlatego odczekał kilka minut i z trudem doczłapał się do wieszaku, na którym wisiał jego stary, czarny trencz. Tak go uwielbiał, że nie miał najmniejszego zamiaru go zmieniać. Zawiązał na szyi granatową chustę i wyszedł, uprzednio szepcząc na ucho Miriam, po co się wybiera.
       Ivo wyglądał na zmartwionego i posępnego.Szedł powoli parkiem, słysząc tylko  szelest ptaków i drżenie gałęzi, składających co jakiś czas małą daninę śniegu. Jego złote włosy wyblakły i zmieszały się z odcieniem coraz większej ilości szarych kosmyków. Brnął w świeżo utworzonej zaspie. Śnieg skrzypiał pod naciskiem długich i chudych nóg Ivo. Mężczyzna zostawiał za sobą tylko ślady, które i tak znikały po kilkunastu chwilach, zacierane przez prószący śnieg.

- To nie tak, że się boję. Po prostu raźniej mi wracać do domu, kiedy mogę z tobą rozmawiać.

       Ivo zatrzymał się. Miał wrażenie, że znał ten głos, że już go kiedyś słyszał. Wytężył wzrok i ujrzał wyłaniającego się z cieni wysokiego i dobrze zbudowanego mężczyznę, z włosami delikatnie zaczesanymi na lewą stronę. Ivo poczuł, jak grunt wali mu się pod nogami, a serce szybciej pompuje krew, gdy rozpoznał młodego chłopaka.  Luis uśmiechał się w ten sam sposób, co kiedyś, nawet jeśli jego twarz uległa diametralnej zmianie. Żuchwa wyostrzyła się, nadając kwadratowy kształt podbródka, a  na czole były widoczne pierwsze wgłębienia. Wielkie, zielone oczy pokryte gęstymi rzęsami spojrzały na blondyna, stojącego naprzeciwko niego. Radość znikła z twarzy Luisa – na jej miejsce wkroczyło przerażenie. Z telefonu, który trzymał zdało się słyszeć głos jakiegoś mężczyzny, którego śmiech również zanikł. Luis Miller rozłączył się i nie dowierzając spoglądał badawczo na Ivo. Twarz blondyna pokrywały liczne, głębokie zmarszczki. Policzki zapadły się, uwydatniając w ten sposób ostre kości. Ale najstraszniejszym widokiem były oczy mężczyzny.  W wyblakłych tęczówkach znikł blask, który Luis tak dobrze znał i pamiętał. Usta obojga dawnych kochanków uchyliły się, chcąc coś powiedzieć, jednak żaden z nich nie zdołał wykrztusić z siebie słowa. Obaj czuli wielkie kule w gardłach, nieprzyjemny ścisk w żołądku i zimny dreszcz, przebiegający po ich plecach.

        Więc zdobyli się jedynie na życzliwy uśmiech i odeszli – każdy w swoją stronę.



                                                           Koniec.




      Moje małe refleksje:
     
      Ykhym... Właśnie zakończyłam moje pierwsze opowiadanie i jest mi z tym w sumie...dziwnie.
Przywykłam do nich, a teraz się z nimi rozstaję. I to w jeszcze takiej atmosferze! 

Jestem okropna, wiem.


Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie. Dziękuję, że trwaliście razem ze mną, że mogłam niektórych z Was poznać! Dziękuję, że chwilami mnie poprawialiście, że pomagaliście mi z fabułą i w ogóle, kurwa po prostu dziękuję i tulę mocno wszystkich!

     Mam nadzieję, że Wam się podobało!